Na drutach nauczyła robić mnie Babcia. Miałam lat 7 i byliśmy na wakacjach w Istebnej. Mistrzostwa Babci nie udało mi się jak do tej pory osiągnąć, co pewnie spowodowane jest zbyt dużymi przerwami w dzierganiu. Ostatnia przerwa trwała lat 4 inależy za nią winić koraliki. Na szczęście nagrodą w folkowym wyzwaniu Szuflady okazał się bon do Twojej Pasmanterii nie było co dłużej udawać - druty wzywały! Od dawna chciałam zrbić sobie szal według wzory Kate Davies - Fantoosh (właściwie to najchętniej wydziergałabym wszystko, co Kate zaprojektowała, ale wiecie, nagroda ma swoje limity). Nabyłam wzór, przyszła włóczka, rozpoczęły się wakacje i ... zaczęły się schody :)
Muszę się Wam przyznać, ze na moje skromne potrzeby do tej pory wystarczały mi oczka prawe i lewe. Ażuru nigdy w życiu nie robiłam, a co dopiero trójkątnego szala. Tydzień (na szczęście przed wyjazdem) zajęło mi rozkminienie "garter stitch cast on" ale największy problem okazału się... oczka wkłuwane od tyłu. Niby co za filozofia... A jednak! Po paru próbach okazało się, że Babcia na drutach robiła inaczej niż wszyscy inni! I nie to, że po angielsku (oni wszystko robią po swojemu więc co się dziwić, że na drutach też), jak najbardziej kontynentalnie tylko, że wszystko wkłuwała (wkłuwamy :) od tyłu. A co za tym idzie nitka łapie się inaczej, czyli to co w opisie było z tyłu, musiałam robić z przodu, ale inaczej nabierać nitkę... Po paru rzędach na szczęście jakoś się to wszystko ułożyło. I szal powstał :) Jest duży i ciepły (jak się okazało w trakcie zdjęciowego spaceru), nie wolny od błędów, ale i tak go pokochałam. Muszę częściej sięgać po druty!
A podczas tego spaceru udało mi się napotkać bardzo "włóczkowe" widoki:
Mam nadzieję, że wybaczycie mi post niebiżuteryjny :) Wracam teraz do broszek, szal trzeba czymś spiąć :)
Pozdrawiam!















